NORMALSI TEŻ SĄ POLKAMI I POLAKAMI
Od dzisiaj do czasu zmiany władzy w Polsce nie będę wywieszał biało-czerwonej flagi, co czyniłem regularnie od 1989 roku w dniu 3 maja i 11 listopada każdego roku. Uważam się za tzw. NORMALSA i nie będę identyfikował się z haniebnymi zachowaniami pisowskiej władzy i ich popleczników. Zainspirował mnie do tego wstępniak Redaktora Naczelnego „Polityki” z minionego tygodnia, który zamieszczam poniżej. Już od dawna uważam bowiem, że typowym przykładem stygmatyzowania przez PiS obywateli, którzy nie popierają tej autorytarnej władzy i generowanego przez nią wszechogarniającego nasz kraj bezprawia, jest manifestacyjne noszenie w klapie marynarek tych „prawdziwych Polaków” biało-czerwonej flagi. Pozostali mając miejsce puste w klapie swojej garsonki bądź marynarki lub co gorsze mają wpiętą flagę biało-czerwoną połączoną z unijną są jak żydzi, komuniści, ateiści lub osoby LGBT – NIEPOLAKAMI, co z lubością podkreślał w swych publicznych wystąpieniach lider tej zorganizowanej, politycznej grupy przestępczej, nazywając nas, czyli NORMALSÓW, ludźmi „gorszego sortu, chamską hołotą, elementem animalnym lub ostatnio mordercami”( autor, Jarosław Kaczyński). Nie możemy być wobec takich bezpodstawnych zniewag obojętni. CZAS NA PRZYZWOITOŚĆ.
Jerzy Baczyński (TYGODNIK, nr 47 (3288), 18.11–24.11.2020), ” Mój sąsiad, po raz pierwszy odkąd pamiętam, nie wywiesił 11 listopada przed domem biało-czerwonej flagi. Nie chcę – powiedział mi wprost – aby na osiedlu brano nas za pisowców. W tym roku wiele osób postąpiło tak samo i z podobnych powodów. Rzeczywiście, można mieć poczucie, że flaga stała się emblematem partyjnym; niemal każda najgłupsza konferencja, konwencja, wypowiedź rzecznika, ministra, wiceministra odbywa się na tle narodowych barw. Politycy PiS z upodobaniem przypinają sobie biało-czerwone baretki, a za pieniądze przeznaczone na walkę z pandemią w setkach gmin będą teraz wznoszone okazałe maszty flagowe. Ta ostentacja, pokazowa patriotyczna gorliwość „obozu niepodległościowego” daleko wykracza poza normalne państwowe dekorum. Flaga staje się totemem, znakiem władzy i jej politycznego triumfu, złączenia tożsamości partyjnej i państwowej. Trudno uwolnić się od takich skojarzeń, a więc i od niechęci do udziału w tym spektaklu.
Po 11 listopada doszły kolejne powody, żeby krępować się publicznego demonstrowania patriotyzmu, wręcz wstydzić się narodowego święta, całkowicie zdominowanego przez osiłków urządzających brutalne bitwy z policją (rzecz jasna „pod flagą biało-czerwoną”, choć głównie z użyciem drzewc). Krętactwa rządowej propagandy, próbującej przypisać odpowiedzialność za ekscesy bojówek prowokacjom mitycznej Antify, Strajkowi Kobiet, a nawet policji, potwierdzają, że PiS za nic nie chce do siebie zrazić „młodych patriotów”. Przecież niedawno to Jarosław Kaczyński apelował, aby obrońcy Kościoła i „samego istnienia narodu” wyszli na ulice, przeciwstawiając się moralnym nihilistom (jak był łaskaw określić demonstrującą młodzież). Orędzie zostało wygłoszone, oczywiście, na tle flag; prezes PiS miał jeszcze dodatkowo kotwicę powstańczą w klapie. W tej licytacji na symbole i „wierność narodowym wartościom”, w której ścierają się PiS, narodowcy Bąkiewicza, Konfederacja, grupa Macierewicza i inne formacje spod prawej ściany, już dawno nie ma miejsca dla tzw. normalsów”.
Polska to nie jest dziś kraj dla zwykłych, żałośnie umiarkowanych ludzi. Niemal cała polityka rozgrywa się pod ową prawą ścianą, od której – jak głosi popularna teza – Kaczyński nie pozwala się odepchnąć. Przecież niesłychanie groźna dla przyszłości Polski zapowiedź ewentualnego weta polskiego rządu dla unijnego budżetu wynika z szantażu, jakim wobec Kaczyńskiego posługuje się Zbigniew Ziobro. Chroniąc swoją pozycję i wpływy w wymiarze sprawiedliwości, od których zależy jego własne bezpieczeństwo, narzucił całej Zjednoczonej Prawicy narrację obrony suwerenności przed agresją nowej Moskwy, czyli Unii Europejskiej. Hasło „weto albo śmierć” (okładka tygodnika „Sieci”) już nawet nie pozoruje jakiejkolwiek taktyki negocjacyjnej, ma zamknąć pole manewru Mateuszowi Morawieckiemu i być może poprowadzić go w stronę dymisji. Unijna broń ostateczna – mechanizm weta – tu jest wyciągana dla marnych wewnętrznych rozgrywek partyjnych. Jej użycie oznaczałoby poważny wstrząs dla setek milionów mieszkańców ogarniętej pandemią Europy, a dla Polski ciężkie straty finansowe i polityczne, krok w stronę polexitu, czy raczej faktycznego wypchnięcia naszego kraju poza Unię.
Zagrożenie z prawej tłumaczy też inne, na pozór mało racjonalne, zachowania prezesa PiS. Przecież nominacja dla Przemysława Czarnka na ministra połączonych resortów edukacji i nauki jest czystą prowokacją wobec „normalsów”: rodziców niepokojących się o jakość i sposób kształcenia swoich dzieci, wobec nauczycieli, którym grozi się jakąś nieustającą weryfikacją polityczną, wobec uczelni, którym minister chce wedle łaski przydzielać środki i modyfikować programy, wobec kadry akademickiej. Główne uzasadnienie tej ekstrawaganckiej nominacji to – znowu – oczywisty plan zneutralizowania skrajnie prawicowych środowisk, domagających się narzucenia ideologicznego, narodowo-katolickiego profilu kształcenia w polskich szkołach. A nieszczęsna decyzja Trybunału pani Przyłębskiej delegalizująca aborcję? To także serwitut wobec religijnych fundamentalistów, gromadzących się pod prawą ścianą wokół Kai Godek, biskupa Jędraszewskiego czy Tadeusza Rydzyka. Episkopat postawiony wobec bezprecedensowego kryzysu w polskim Kościele otrzymał zawinięty w ustawę zatruty prezent wraz z iście mafijną ofertą ochrony i protekcji ze strony PiS. A tolerowanie jawnego rokoszu Macierewicza, wiceprezesa PiS? A montowanie taktycznego sojuszu PiS z Robertem Bąkiewiczem, liderem „Marszu Niepodległości” ? Gdziekolwiek spojrzeć, mamy dowody radykalizacji i przesunięcia w prawo całego PiS.
Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego prezes rozległej, dominującej od lat formacji politycznej miałby tak kurczowo przylegać do prawej bandy i przepychać się tam z rozpalonymi ekstremistami. Myślę, że problem jest głębszy niż tylko ryzyko utraty paru procent głosów i ewentualnego wylansowania się jakiejś nowej prawicy. Tu chodzi o cały PiS, jego „duszę”, i w ogóle o logikę tak pomyślanej formacji. W tym numerze piszemy o pułapce populizmu, w jaką wpadł Boris Johnson: nie mogąc się cofnąć w małym, ale prestiżowym sporze z Unią o połowy ryb, brnie w stronę dramatu – brexitu bez umowy. To jest właśnie ten mechanizm. Jeśli buduje się polityczny przekaz na bezkompromisowości, wyłącznej racji, nieomylności, charyzmie lidera, to czy nosi się nazwisko Johnson, Trump czy Kaczyński, trudno się przyznać do błędu lub porażki, okazać słabość czy wahanie. Dlatego Kaczyński z każdego niemal kryzysu próbuje wyjść nowym atakiem, radykalizmem rozbić zwątpienie i lęk w swoim obozie.
Wyborcy, zwłaszcza w niepewnych czasach, dają się uwodzić temu poczuciu pewności lidera i chętnie głosują na największego chojraka we wsi (patrz: Trump). Ale amerykańskie wybory pokazują: radykalizm polityków, nakręcanie konfliktów, wieczne szukanie winnych i wrogów, niekompetencja maskowana nachalnym patriotyzmem – w końcu nużą i złoszczą. I wyborcy zaczynają się skłaniać w stronę umiaru, przewidywalności, racjonalności, nawet w banalnym, „skrajnie normalnym” wydaniu jak Joe Biden. Czyżby już było widać nadlatujące wahadło?” .