Działacze dawnej „komuny”, czyli byli członkowie PZPR, nie są ludźmi z mojej bajki, ale okrzyki w Sejmie po wyborze Włodzimierza Czarzastego na marszałka były zadziwiająco bezmyślne. Trafnie ujął to w ostatniej Polityce Rafał Kalukin:
„Chociaż systemy Orbána i Kaczyńskiego bywają określane mianem nieliberalnej demokracji, tak naprawdę bliżej im do „komuny”. Pod każdym względem: ustrojowym (koncentracja władzy, ograniczenie niezawisłości sądów), politycznym (represyjność państwa, wykorzystanie służb przeciwko opozycji), ideologicznym (kolektywizm, prymat państwa nad jednostką), ekonomicznym (interwencjonizm, etatyzm), administracyjnym (centralizacja, upartyjniona biurokracja). A jeśli do tego dołożyć cynizm Kaczyńskiego, który ostentacyjnie sięgał po dawnych komunistycznych funkcjonariuszy pokroju Stanisława Piotrowicza, popularny slogan o rządach PiS jako grupie rekonstrukcyjnej PRL wydaje się całkiem trafiony. W tym kontekście okrzyki „precz z komuną” pod adresem Czarzastego (i zapewne nowego szefa kancelarii Sejmu Marka Siwca) w najlepszym razie mogą wzbudzić politowanie”.
Ten incydent to dobra okazja, by przypomnieć osobom popisującym się polityczną ignorancją, że demokracja ma swoją jakość, a jej stopień można realnie mierzyć. Państwo jest demokratyczne nie dlatego, że samo tak o sobie mówi, lecz dlatego, że spełnia konkretne warunki: rządy prawa, niezależne sądy, wolne media, uczciwe wybory, przejrzystość życia publicznego i szacunek dla praw jednostki.
Kraje, które próbują odchodzić od tych zasad – parlamentarnie (jak Węgry) lub bezprawnie (jak Polska w latach 2015–2023) – chętnie dorabiają do słowa „demokracja” różne przymiotniki: „nieliberalna”, „suwerenna”, „narodowa”. Mechanizm jest zawsze ten sam: zatrzymać szyld, a wymienić wnętrze. Tak samo działała kiedyś „demokracja ludowa”, którą starsi pamiętają najlepiej. Nie bez powodu krążył żart: „Jaka jest różnica między demokracją a demokracją socjalistyczną? Taka jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym”.
I właśnie dlatego powinniśmy być szczególnie wyczuleni na tych, którzy pod płaszczykiem antykomunizmu próbują przemycać rozwiązania rodem z PRL-u: centralizację, upartyjnienie, pogardę dla prawa, podporządkowanie instytucji partii i przywódcy. PiS i większość dzisiejszej prawicy są „antykomunistyczni” mniej więcej tak jak Putin – czyli tylko w deklaracjach. W praktyce widzieliśmy powrót do logiki państwa, w którym najważniejszy jest aparat władzy, a nie obywatel.
„Demokracja nieliberalna” to nie żaden intelektualny koncept – to eufemizm na proces rozbrajania demokracji od środka. To stopniowe przechodzenie w systemy, które w historii świata kończyły się zawsze tak samo: erozją wolności i koncentracją władzy w rękach nielicznych.
CZAS NA PRZYZWOITOŚĆ, ROZUM I ODRZUCENIE ŚWIADOMEJ LUB NIEŚWIADOMEJ IGNORANCJI.