24 lutego mija czwarty rok od zbrodniczej napaści Rosji Putina na Ukrainę. Cztery lata śmierci, kalectwa, zniszczonych miast, szpitali, szkół, teatrów i domów. Cztery lata codziennego terroru wobec cywilów. Cztery lata obrony nie tylko własnego państwa, lecz także elementarnej zasady, że w Europie nie wolno zmieniać granic czołgami, a wolności narodów nie wolno rozstrzeliwać rakietami lub dronami.
W marcu 2022 roku wielu z nas wierzyło, że świat – choć spóźniony – w końcu zrozumiał, z kim ma do czynienia. Garri Kasparow już wcześniej ostrzegał: bandyta nie szanuje słabości, szanuje tylko siłę. Dziś widzimy, jak boleśnie miał rację. Putina nie powstrzymały „apele”, „zaniepokojenia” ani dyplomatyczne półsłówka. Powstrzymywała go wyłącznie realna pomoc wojskowa dla Ukrainy, sankcje, izolacja i determinacja tych, którzy zrozumieli, że ta wojna nie jest „gdzieś daleko”, tylko jest o porządek świata, w którym chcemy żyć.
Cena tej wojny jest potworna. Zapłacili ją przede wszystkim Ukraińcy – żołnierze i cywile, kobiety i dzieci. Zapłacili ją też setkami tysięcy istnień zwykli Rosjanie wysłani na śmierć w imię imperialnych fantazji jednego człowieka i jego kliki. Ale jest też cena, której nie wolno nam zapłacić: cena obojętności, zmęczenia, cynizmu i moralnej kapitulacji.
Tymczasem właśnie to dziś obserwujemy. Po wspaniałym odruchu solidarności polskiego społeczeństwa wiosną 2022 roku, coraz częściej słyszymy język zniechęcenia, pretensji, a nawet wrogości wobec Ukrainy i Ukraińców. Ta zmiana nastrojów nie wzięła się znikąd. Jest systematycznie podsycana przez narrację skrajnej prawicy – PiS i Konfederacji – która z wojny robi paliwo do własnej politycznej gry, szczując, dzieląc i handlując strachem. To jest nie tylko moralnie podłe. To jest po prostu sprzeczne z polską racją stanu.
Ukraina walczy dziś także za nas. Za to, żeby imperialna Rosja nie uznała, że przemoc się opłaca. Za to, żeby granica agresji nie przesunęła się dalej na Zachód. Za to, żeby Europa nie wróciła do świata, w którym o losach narodów decyduje brutalna siła. A przy tym – w bardzo konkretnym, codziennym wymiarze – bez milionów Ukraińców pracujących w Polsce nasza gospodarka już dawno odczułaby to boleśnie. Solidarność nie jest więc ani „naiwnością”, ani „romantyzmem”. Jest rozsądkiem.
Osobnym, smutnym rozdziałem jest dziś polityka Donalda Trumpa – transakcyjna, narcystyczna i cyniczna. Obiecywał zakończyć wojnę w 48 godzin. Minął ponad rok jego prezydentury i wojna trwa. Bo tej wojny nie da się zakończyć „dealam”. Nie da się jej zakończyć kosztem ofiary i nagrodą dla agresora. Pokój, który oznacza kapitulację Ukrainy, nie byłby pokojem – byłby zaproszeniem do kolejnych wojen. Dla Putina i dla wszystkich, którzy uważnie patrzą, czy Zachód ma jeszcze moralny i prawny kręgosłup.
Dlatego dziś, w czwartą rocznicę tej zbrodni, trzeba powiedzieć jasno: zmęczenie wojną jest zrozumiałe. Obojętność – jest niewybaczalna. „Nie bądź obojętny” to nie jest ładne hasło do przypięcia na rocznicę. To jest moralny test, który zdajemy albo oblewamy – każdego dnia. Ukraina nie potrzebuje naszego współczucia. Potrzebuje naszej konsekwencji: dalszego wsparcia wojskowego, politycznego, gospodarczego i humanitarnego. Potrzebuje prawdy zamiast propagandy, solidarności zamiast szczucia, odwagi zamiast kalkulowania, co się komu bardziej „opłaca”.
Cztery lata temu Putin rozpoczął wojnę przeciwko Ukrainie. Ale tak naprawdę wypowiedział ją całemu międzynarodowemu porządkowi, w którym wolność, suwerenność i prawo mają znaczyć więcej niż przemoc. Jeśli dziś zaczniemy udawać, że to „nie nasza sprawa”, jutro może się okazać, że to my będziemy kolejnym „problemem do załatwienia”. Dlatego powtórzmy to głośno i bez wahania:
UKRAINO, JESTEŚMY Z WAMI. Dziś, jutro i tak długo, jak będzie trzeba. Bo to jest nie tylko sprawa przyzwoitości, ale kwestia naszego własnego bezpieczeństwa.
