W epoce triumfu populizmu, postprawdy i agresywnego uproszczenia świata coraz częściej słyszymy pogardliwe etykiety: „elity”, „oderwani od życia”, „ludzie marginesu”. Są one wygodnym narzędziem politycznym – pozwalają wykluczać, ośmieszać i delegitymizować tych, którzy myślą samodzielnie, czytają, zadają pytania i nie poddają się zbiorowym emocjom. W ten sposób marginesem stają się dziś nie ludzie pozbawieni wartości, lecz właśnie ci, którzy próbują je jeszcze bronić.
Wiersz „Ludzie marginesu” Wojciecha Młynarskiego, napisany z charakterystyczną dla autora ironią i czułą precyzją obserwacji, okazuje się w tym sensie tekstem zaskakująco aktualnym. To poetycki portret ludzi wykształconych, skromnych, niezależnych intelektualnie – a więc dokładnie takich, którzy w logice populistycznej narracji nie pasują do „głównego nurtu”. Nie maszerują w rytmie najprostszych sloganów, nie klaszczą na komendę, nie mylą głośności z racją. Myślą – a to bywa dziś uznawane za prowokację.
Młynarski pokazuje, że „margines” jest w istocie przestrzenią wolności: miejscem, w którym zachowały się przyzwoitość, krytyczne myślenie, wrażliwość na kulturę i odpowiedzialność za słowo. To właśnie tam – poza hałaśliwym centrum – przetrwały wartości, bez których demokracja staje się pustą procedurą, a wspólnota plemiennym tłumem. Paradoksalnie więc to margines ratuje sens całości.
Dlatego dziś, w czasach narastających ekstremizmów, dehumanizacji oraz pogardy dla prawa i faktów, warto świadomie poszerzać krąg „ludzi marginesu”. Nie jako akt buntu dla samego buntu, lecz jako wybór przyzwoitości: prawdy zamiast kłamstwa, szacunku zamiast przemocy, różnorodności zamiast wykluczenia, demokracji i praworządności zamiast przemocy i bezprawia. Wiersz Młynarskiego nie jest nostalgią – jest ostrzeżeniem i zarazem źródłem nadziei. Bo dopóki istnieje margines, dopóty istnieje szansa, że świat nie da się całkowicie sprowadzić do rytmu disco-polo polityki.
CZAS NA PRZYZWOITOŚĆ
i na poszerzanie kręgu „ludzi marginesu” – lub, jak chcą niektórzy, „gorszego sortu”.
PS. Wojciech Młynarski – „Ludzie marginesu”:
W ostatnich dniach, dokładnie według harmonogramu i wykresu,
Odbyło w naszym się osiedlu spotkanie z ludźmi marginesu.
Byli to dwaj przystojni chłopcy, oko myślące, buzia gładka,
Znali po dwa języki obce, w tym polski- rzecz doprawdy rzadka.
Mówili krótko, miło, mądrze, doprowadzając nas do stresu
Tym, że czytali mnóstwo książek…dwaj młodzi ludzie z marginesu.
Ubrani byli bardzo biednie, w rzeczy gustowne, choć niedrogie,
Zarobki mieli mniej niż średnie… dwaj absolwenci filologii.
Za to premiery znali wszystkie, w teatrze, w telewizji, w kinie,
Mówili z nagłym w oku błyskiem, czy rzecz udana była, czy nie.
Kontakty z nimi, choć pobieżne, dały nam poznać w jednej chwili,
Że sądy ich są niezależne i rzadko któryś z nich się myli.
Ale osiedle ich nie lubi, twierdzi, że nie ma interesu,
Żeby się mieli w jego klubie wymądrzać ludzie marginesu.
Osiedle woli innych gości, tych, którzy są tej ziemi solą,
Nurt główny naszej społeczności tupiący w rytmie disco-polo.
U osiedlowej stojąc bramy powtarzam sobie: „niech ja zginę”,
Społeczność mamy jaką mamy, ale na szczęście jest margines!
Ta myśl żarliwa i łakoma nową napawa mnie nadzieją,
Margines siedzi zaś po domach i cieszy się…że go nie leją”.